Jędrzej Soliński 04-08-2026
Nasze poczucie bezpieczeństwa mierzymy zwykle zdolnością do obrony przed agresorem. Rosyjska rakieta? Zestrzelić! Obcy na granicach? Nie wpuszczać! Ale co zrobić wówczas, gdy ktoś miesza nam w głowach i ze zwykłych ludzi robi bandytów?
Przerażające jest to, co od jakiegoś czasu dzieje się na polskich ulicach. No właśnie – od jakiegoś czasu. Jeszcze rok temu nie napadaliśmy naszych ukraińskich sąsiadów, nie lżyliśmy i nie biliśmy ukraińskich kobiet i dzieci. Jeszcze nie tak dawno podniesienie ręki na bezbronną kobietę, a tym bardziej na dziecko, niezależnie od okoliczności wydawało się nie do pomyślenia. Nie wierzę, że ktokolwiek, kto znajduje się w pełni władz umysłowych powiedziałby, że tak, wolno nam uderzyć dziecko, bo mówi w języku, który nam się nie podoba.
Tymczasem ktoś – albo wielu ktosiów, będących pod wpływem tego Wielkiego Ktosia na Kremlu – wcisnął magiczny przycisk i już, już można. Już polscy mężczyźni nie widzą nic złego w biciu kobiet i dzieci w przestrzeni publicznej. Jak do tego doszło? Jak możemy czuć się bezpiecznie, jeśli niemal z miesiąca na miesiąc z normalnych ludzi można stworzyć hordy bandytów, napadających na wskazane w mediach aspołecznościowych ofiary? Okazuje się bowiem, że katolickie wychowanie i nauka Kościoła, ponad dekada edukacji szkolnej, którą każdy z nas odbywa, przekazywane w rodzinach przez pokolenia wartości i w ogóle cały kapitał kulturowy, który wypracowaliśmy, waży mniej, niż kilka postów na Facebooku. Okazuje się bowiem, że to nie państwo i jego instytucje, nie wspólnoty religijne, nie rodziny, ale właśnie sfera mediów internetowych posiada nad nami całkowitą władzę. Nie tylko prowokuje do ohydnych czynów, ale również do głębi demoralizuje, to znaczy stawia na głowie powszechny system wartości, bowiem nasi patrioci-troglodyci potrafią sobie wytłumaczyć, że bijąc ukraińskie dziecko, robią coś dobrego.
Czy nie jesteśmy wobec tego zupełnie bezbronni? Z jednej strony tak, jak słyszymy o kolejnych przypadkach napaści na Ukraińców, słyszymy również o stosunkowo szybkiej reakcji policji. Z drugiej jednak – cóż znaczą słowa ministrów i innych państwowych urzędników, że „nie ma tolerancji dla przemocy i nienawiści”? Otóż tolerancja jest, gdyby bowiem było inaczej, to konsekwencje spotykałyby ludzi pokroju Mateckiego, Kowalskiego i ich brunatnych kolegów z sejmowych ław, którzy są odpowiedzialni za rozpętanie pogromowej atmosfery. To oni – jawnie, pod własnymi nazwiskami – rozsiewają kłamstwa, spreparowane filmiki, nawołują do nienawiści i po prostu szczują Polaków na Ukraińców. Stają w obronie bandytów, o pobicie oskarżają ofiary. I trzeba mieć poważne braki w zdolności racjonalnego myślenia, by w ich postawie i działaniu nie widzieć bezpośredniej przyczyny aktów ksenofobicznej agresji.
Od władz państwowych powinniśmy oczekiwać, że to ci współsprawcy zbrodni zostaną powstrzymani i poniosą konsekwencje swoich działań. Jednocześnie jednak możemy być niemal pewni, że tak się nie stanie. Polityk to jedyny zawód na świecie, w którym nie ponosi się żadnej odpowiedzialności za swoje działania, jakkolwiek podłe by one nie były. Ani Tusk, ani Żurek, ani żaden inny minister nie doprowadzi do ukarania kolegów z parlamentu.
Co nam zatem pozostaje w sytuacji, gdy duża część społeczeństwa, w którym żyjemy, staje się bezwolnym i bezmyślnym narzędziem w rękach nienawistników, ubijających na ksenofobii polityczny interes?
Szczerze mówiąc – nie wiem. Może życzmy sobie chociaż tego, żeby nie zabrakło nam odwagi, by na akty agresji reagować natychmiast i stanowczo. By nie zabrakło nam odwagi, by naszym ukraińskim sąsiadom powiedzieć dobre słowo. Żebyśmy wszyscy – Polacy i Ukraińcy – nie stracili wiary, że ludzi dobrej woli jest więcej.
Ale i tak odpowiedzialność za zbrodnie Mateckich, Braunów i Mentzenów spadnie na nas wszystkich. To znaczy na wszystkich, oprócz nich samych.
Cóż, taki świat sobie stworzyliśmy.